Idealna cera rano? Skin79 Rosewaterful Sleeping Mask.

11:44


Dziś o produkcie pięknym pod każdym względem. O produkcie, który leczy moją zmęczoną hormonami cerę i sprawia, że każdego ranka widzę gołym okiem poprawę jej stanu. 

Mowa oczywiście, jak w tytule, o masce na noc ze Skin79 - Rose Waterful Sleeping Mask. Cóż to jest, co robi, jak się zachowuje na cerze i jakie przynosi efekty? Wszystko przeczytacie niżej. 


Zacznijmy od suchych faktów. Maskę możecie kupić u oficjalnego dystrybutora online i stacjonarnie w drogerii Hebe. Sugerowana przez producenta cena to około 50zł za 100ml produktu. Całkiem fajna pojemność. Na jej zużycie mamy całe 12 miesięcy, a producent ułatwia nam higieniczne przechowywanie i stosowanie produktu poprzez dodatkową zatyczkę i szpatułkę do wyciagania maseczki ze słoiczka. Samo opakowanie produktu jest estetyczne i solidne - jest to duży słoiczek z grubego, odpornego na stłuczenia tworzywa. Całość opakowana jest w kartonik, który przed pierwszym otwarciem jest oczywiście zafoliowany (ale tego nie ujęłam na zdjęciach, bo maskę mam już jakiś czas). Słowem - dobra cena, duża pojemność i wygodne, higieniczne opakowanie. 


Kolejna, ważna kwestia, to oczywiście skład. Jest całkiem dobry, jak na azjatycką pielęgnację przystało. Mamy tu obiecane kwasy, wodę różaną, substancje nawilżające. Oprócz tego oczywiście jest trochę stabilizatorów itp, ale bez nich produkt raczej nie wytrzymałby 12 miesięcy. 

Producent radzi stosować maskę na noc - wszakże nazwa zobowiązuje. Na polskiej stronie Skin79 jest jednak informacja o tym, że można stosować ją na dwa sposoby - tak jak na opakowaniu, czyli na noc i rano oczyścić cerę, lub w ciągu dnia, pozostawić na kilka godzin i zmyć. 

Produkt ma konsystencję gęstej galaretki, jest puszysty, milutki dla oka, a przy tym pachnie różą. 


I teraz najważniejsze, czyli działanie. 

Maskę kupiłam dlatego, że producent obiecuje rozjaśnienie i złuszczanie skóry. Jakiś czas temu, z powodu swojej choroby, doświadczyłam ogromnej burzy hormonalnej, przez którą moja broda była polem minowym. Wyglądało to okropnie i bardzo bolało, uwierzcie mi na słowo, bo nie będę Wam pokazywać tego, co się działo na mojej skórze. Hormony po jakimś czasie (około 2 tyg) uspokoiły się, wypryski zniknęły, ale... pozostały po nich okropne, czerwone przebarwienia - plamy, blizny. Chcąc pozbyć się tych "pamiątek", zaczęłam szukać właśnie jakiejś dobrej  maski złuszczająco - wybielającej i tak oto trafiłam na maskę Skin79. Marka jest mi dobrze znana i mam do niej zaufanie, bo od dawna już stosuję ich kremy BB oraz kremy z filtrami, tak więc i tym razem postanowiłam zaufać azjatyckiej pielęgnacji. Na maskę musiałam chwilę poczekać, bo dostępność produktów Skin79 w Niemczech pozostawia wiele do życzenia, ale akurat moi rodzice lecieli do nas na tygodniowy urlop, więc bez problemu przywieźli mi moje zamówienie z Polski (które opiewało nie tylko na maskę, ale o innych produktach przeczytacie zapewne za jakiś czas). Stosowanie zaczęłam oczywiście od próby uczuleniowej, jako że maska ma w sobie wyżej wspomniane kwasy. Po 48h byłam pewna, że mogę spokojnie nałożyć produkt na całą buzię, co uczyniłam. 

I nałożyłam jej oczywiście za dużo, bo to przecież maska. I tu błąd, bo produkt, choć z początku jest konsystencji galaretki, to w kontakcie ze skóry staje się bardzo tłusty i klejący, więc szybko przylepiłam się do poduszki... Ale to nic, nawet najlepsi robią błędy, a co dopiero taki szaraczek, jak ja, haha! Nadmiar maski usunęłam suchym wacikiem i z cienką warstwą poszłam spać. Jakie było moje zdziwienie, gdy rano cera była wspaniale nawilżona, a wszystkie martwe skórki zniknęły! Specjalnie przez kilka dni przed użyciem maski nie robiłam peelingu, aby przekonać się "naocznie" o tym, czy dobrze działa. I uwierzcie mi, że działa. Zachęcona jej działaniem, zaczęłam ją stosować regularnie. Robię to mniej więcej co 2 dni i rano buzia jest nawilżona, świetlista, a plamy coraz mniej widoczne. Czasem nakładam ją w ciągu dnia, jak radzi polski dystrybutor. Po każdym użyciu przemywam twarz wodą różaną, aby usunąć z buzi resztkę maski, bo nie wchłania się ona do końca, nawet jeśli  nałoży się ją na całą noc. 

Mimo kwasów w składzie, nie zauważyłam żadnego podrażnienia ani nawet zaczerwienienia. Jedynie lekkie mrowienie - swędzenie bezpośrednio po nałożeniu, ale nie jest to w żaden sposób dokuczające. Rozumiem, że substancje aktywne działają po prostu na skórę, stąd to odczucie.


Podsumowując, to jedno z moich aktualnych odkryć kosmetycznych. Mogę ją szczerze polecić osobom z takimi problemami, jak ja - czyli z potrzebą usunięcia ze skóry przebarwień i plam oraz przywróceniem skórze gładkości oraz blasku. Mam ochotę na jeszcze więcej azjatyckiej pielęgnacji, bo moja skóra zdecydowanie się z nią polubiła. Pisząc ten wpis, miziam się co chwilkę po buzi, bo właśnie przed chwilą zmyłam resztkę maski i skóra jest tak cudownie mięciutka!

Za moją namową maskę kupiła także moja przyjaciółka. Testy jeszcze przed nią, bo dopiero czeka na paczkę, ale mam nadzieję, że będzie jej służyła równie dobrze, jak mi. 

A Wy, znacie ten produkt? Macie ochotę go wypróbować?

You Might Also Like

0 komentarze