Clarisonic Mia Prima - hit czy kit?

17:35


Pewnie większość z Was pamięta szał blogowy na soniczne szczoteczki do mycia twarzy sprzed kilku lat. Królowały wtedy dwie firmy - Clarisonic i Foreo. I choć teraz wachlarz dobrych szczoteczek do twarzy jest dużo większy, to 1,5 roku temu zdecydowałam się na zaufaną markę, znajdującą się na rynku od wielu, wielu lat, czyli właśnie wyżej wymienioną Clarisonic. 

Co o niej myślę po tym czasie? Czy jest moim must have? Jak działa na moją cerę, zniszczoną hormonami? Tego dowiecie się poniżej.

 

Zacznijmy jednak od tego, że od czasu kultu sonicznych szczoteczek, powstało wiele sprzecznych teorii na temat ich działania na skórę. Jedna strona sądzi, że działają zbawiennie, idealnie oczyszczają i tak dalej, a druga sądzi, że to zło wcielone, które agresywnie ściera naskórek.  Ja jestem po środku. Uważam, że w przypadku akcesoriów tego typu należy zachować umiar i delikatność w stosowaniu, bo dopasowanie pielęgnacji do potrzeb skóry to podstawa. Tak jest chyba w przypadku większość spraw beauty. Nadmiar nigdy nie jest zdrowy.

Clarisonic Mia Prima to nowsza wersja szczoteczki, która królowała na rynku beauty kilka lat temu. Obecnie dostępne są dwie wersje szczoteczki - Mia Prima, czyli właśnie moja oraz Mia Smart, która ma połączenie z aplikacją na smartfonie. Różnica w cenie jest dość znaczna (mniej więcej dwukrotna, a dla mnie łączenie szczoteczki ze smartfonem to zbędny bajer, tak więc uznałam, że Mia Prima w zupełności mi wystarczy). Wersja Smart kosztuje 150 - 200e, natomiast wersja Prima kosztuje 70 - 100e. Ja swoją kupiłam z dodatkowym kodem rabatowym i kosztowała mnie około 60e. 

Decyzja o zakupie była w dużej mierze podyktowana tym, że po pierwsze - moja cera jest problematyczna, a po drugie - moja praca jest brudna. Tak więc, aby utrzymać skórę w jak najlepszej kondycji, pomyślałam, że przydałaby mi się szczoteczka soniczna. I to zaufanej marki. I tak właśnie znalazłam się w jej posiadaniu. 


Mia Prima to bardzo poręczny i wygodny gadżet. Doskonale leży w dłoni, ma odpowiednią wagę - ani nie jest zbyt ciężka, ani zbyt lekka. Konstrukcja jest bardzo prosta - silnik ze standardowym wejściem mini USB do ładowania urządzenia i przyciskiem uruchamiającym szczoteczkę oraz zdejmowana, wymienna głowica. Głowicę można dopasować do swoich potrzeb, są różne - mniej delikatne, bardziej delikatne, więc to, jakiej będziemy używać, zależy od naszych preferencji i stanu naszej skóry. Ja obecnie mam klasyczną głowicę, która jest używana już od jakiegoś czasu. Nie zapisuję dnia, kiedy wymieniam głowicę - na jej środku znajduje się wskaźnik, który pokazuje, kiedy głowica jest zużyta. Mój wskaźnik jest aktualnie w połowie, więc niedługo czas na wymianę. 

Szczoteczka pracuje przez minutę od naciśnięcia przycisku uruchamiającego. Jest to wystarczający czas, aby oczyścić cerę, jednak jeśli jest taka potrzeba, można szczoteczkę uruchomić ponownie (i w międzyczasie przerwać minutowy cykl, wystarczy ją wyłączyć, nie trzeba czekać, aż sama przestanie pracować). W czasie aktywnego cyklu na przycisku świeci się dioda. Gdy zastopujemy cykl - dioda miga. Wiem, że może brzmieć to jak trochę skomplikowana instrukcja obsługi, ale uwierzcie mi, wcale tak nie jest, szczoteczka jest banalna w użytkowaniu.

Akumulator jest wbudowany w szczotkę i starcza na bardzo długo - wydaje mi się, że producent pisał coś o 60 cyklach, ale nie liczyłam, czy faktycznie tyle, czy jednak nie dłużej. Nie ładuję jej zbyt często, w każdym razie, więc bateria z pewnością starcza na długo. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do wymiennych głowic - to był główny powód, dla którego zdecydowałam się na zakup Clarisonic, a nie Foreo. Wymienne głowice wydają mi się bardziej higieniczne, a ich budowa jest inna, niż w Foreo - nie są to same silikonowe wypustki, ale także i włókna, jak zresztą widzicie na zdjęciach w tym poście. 


Jeśli chodzi o działanie na skórę, to tak - szczoteczka działa. Czyści, poleruje, wyciąga zawartość porów. Wiem, że nie brzmi to zbyt delikatnie - i trzeba mieć na uwadze to, że dla cery taka pielęgnacja niekoniecznie jest miła. Mimo że szczoteczka jest delikatna i miękka, to jednak staram się nie przesadzać ze zbyt częstym używaniem jej - staram się ograniczać do maksymalnie 3 razy w tygodniu lub nawet rzadziej, jeśli akurat nie pracuję i moja skóra nie jest narażona na zanieczyszczenia, wynikające z mojej pracy.  Samo oczyszczanie buzi jest przyjemne - szczoteczka delikatnie pulsuje, relaksuje skórę, poprawia jej ukrwienie. Ogólnie jest to bardzo miły proces. 

Czy zauważyłam dobre działanie tej szczoteczki na skórę? Tak. Wiem, że wyciąga wszystko z mojej cery, co zostaje tam wtłoczone, gdy spawam konstrukcję stalową, a to nie są żarty, tylko prawdziwy, wnikający głęboko "syf". Zauważyłam także, że pomaga mi w walce z bliznami, które zostawia na mojej twarzy trądzik hormonalny. Żeby jednak nie przeciążać cery za mocno - jak już wyżej pisałam - stosuję szczoteczkę tylko od czasu do czasu, a w najbliższym czasie zamierzam wymienić głowicę na taką najbardziej delikatną z całej serii głowic Clarisonic. 


Tak więc, hit czy kit?
Hit, ale nie taki krejzi totalny mega hit, tylko po prostu urządzenie, które pomaga mi w pielęgnacji i które lubię. Nie wpadam w zachwyt na temat tej szczoteczki, gdy jej używam i gdy o niej myślę - po prostu, jest, robi dobrą robotę na mojej skórze i tyle, ale nie napiszę Wam, ze nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez niej, bo byłoby to kłamstwo. Czy kupiłabym ponownie? Raczej tak, aczkolwiek tutaj też nie dałabym sobie uciąć ręki. Tak więc - czy polecam? Generalnie tak, ale nie każdemu i nie do codziennego użytkowania. 

Dajcie znać, co myślicie o szczoteczkach sonicznych. Macie, używacie? Czekam na Wasze komentarze w tym temacie. 

You Might Also Like

0 komentarze