Lato 2020 - kosmetyczni ulubieńcy.

19:39


Lubicie ulubieńców? Bo ja - bardzo! Dawno takowych tutaj nie wstawiałam, więc mam nadzieję, że przyjmiecie ten post z równie dużym entuzjazmem, z jakim ja przyjmuję ulubieńców u innych blogerów czy youtuberów. 

Będzie ich osiem, jak zresztą widzicie na miniaturze. Nie przedłużając, lecimy!


Pierwszy i definitywny ulubieniec tego lata to woda toaletowa Beyonce Heat Rush - niech Was nie zmylą kolory, w rzeczywistości jest pomarańczowa, ale aparat - jak wiadomo - lubi czasem zrobić swoje z kolorystką zdjęcia... Ale wracając do wody! Jest piękna. Letnia, słodka, owocowa, wspaniała. Kupiłam ją "na ślepo" w holenderskiej drogerii, bez wąchania testera, za jakieś super pieniądze, typu 7,99e (butelka 100ml). Na początku nie spodobała mi się - była to wczesna wiosna, a w zasadzie jej przełom z zimą, więc typowo letnie, gorące nuty zapachowe wtedy nie trafiały do mojego nosa. Woda została więc schowana przeze mnie na półkę. Przypomniałam sobie o niej jakoś w kwietniu, gdy potrzebowałam czegoś słodkiego do wyperfumowania sprzedawanego przeze mnie Obaga (taki symbol, lubię, gdy paczki ode mnie ładnie pachną, a w świecie Obaga jest to normalne). Otworzyłam szafkę, patrzę - jest, ten słodki, ulepowaty gagatek! Wzięłam, psiknęłam na Obaga, włożyłam go do kartonu, poszłam do salonu po taśmę, wróciłam do garderoby i... gdy poczułam tę wodę w powietrzu, przepadłam! Okazało się, że wystarczyło dać jej chwilę na "popracowanie", aby rozwinęła swoje skrzydła. Dla mnie ona pachnie jak... gorące słońce, poziomki, truskawki, odrobina banana, taki letni koktajl owocowy, podbity piżmem. Używałam jej namiętnie całe lato i na powyższym zdjęciu widać, że ze 100ml zostało jej już naprawdę niewiele, co jest najlepszym dowodem mojej miłości do niej. Teraz jest już chłodno w Niemczech, dopadła nas prawdziwie jesienna aura, więc Heat Rush wjeżdża do szafki i poczeka tam na pierwsze ciepłe dni 2021, ale uwierzcie mi - uwielbiam ten zapach. I nie zliczę nawet, ile osób pytało mnie o te perfumy - od obcych kobiet na ulicy zaczynając, na chłopakach w pracy (spawaczach!) kończąc.  


Kolejny ulubieniec gorących dni to Dove, kokosowy balsam do ciała w sprayu. Czymże zasłużył na miano ulubieńca? Ano, słuchajcie - to jest totalna petarda. Pięknie pachnie (a zapach trzyma się dłuuuugo na skórze), fantastycznie nawilża, a przy tym jest lekki jak puch. Dla skóry bez problemów - ideał. Psik psik, rozcieram i gotowe. Szybko się go aplikuje, nie zostawia na skórze tłustej warstwy, tylko przyjemne uczucie nawilżenia, a przy tym ten zapach - petarda! Totalna petarda! Jeśli macie okazję go kupić - bierzcie w ciemno. Ja mam jeszcze 2 butle w zapasie. 


Bez wątpienia na miano ulubieńca zasłużyła także Woda UV firmy Garnier, którą doceniłam stosunkowo późno, ale ratowała naszą skórę w najgorsze upały i chwała jej za to. Absolutnie lekka, delikatna mgiełka, która skutecznie chroniła przed spaleniem na gorącym słońcu. Używałam ja, używał mąz, używały dzieci. Nie brudziła ubrań, szybko się wchłaniała, mega. Nie jestem przewrażliwiona na punkcie słońca, zatem filtr 20 w zupełności mnie satysfakcjonuje. W przyszłym roku kupię kolejne opakowanie (bo nie wiem, czy wiecie, ale filtry tracą z czasem na wartości).


Naturalne oleje do ciała/włosów/twarzy (czy czegokolwiek innego) to akurat mój ulubieniec przez okrągły rok, ale uznałam, że wyszczególnię je także w tym typowo letnim zestawieniu. Dlaczego oleje? Zastanawiam się, czy muszę odpowiadać na to pytanie, bo każdy, kto zna dobroczynne działanie olejków, będzie doskonale wiedział, że są one obowiązkowym elementem w każdej łazience. Kocham je na włosy, kocham je do ocm (o którym niedługo), kocham je na twarz, kocham na ciało, kocham jako odżywkę do rzęs i brwi... Czego chcieć więcej? Na powyższym zdjęciu moje dwa ukochane, czyli migdał i rycynowy.


Ulubieńcem ogólnie tego roku, ale także i lata jest szampon Elvital Phytoclear (znany także jako Elseve i Elvive), który z początku był szamponem tylko mojego męża, ale potem okazało się, że służy także i moim kłaczkom. Mam wrażliwy skalp, skłonny do podrażnień, a mój mąż z kolei ma mega tendencje do łupieżu - i uwierzcie, lub też nie, ale ten szampon pasuje nam obojgu. Jest gęsty, dobrze myje, pięknie pachnie, nie swędzi mnie czerep po użyciu go - sztos. Pisząc to, oczywiście dotykam swoich świeżo umytych włosów - taki głupi odruch na myśl o szamponie, haha.


Czy jest tu jeszcze ktoś na sali, kto nie odkrył dobroczynnego działania olejku herbacianego? Jeśli tak, to słuchajcie - to jest debeściak. Odstrasza komary, odkaża, ma działanie antybakteryjne. Na skórę, na pryszcze, a nawet na ziarninę! Jak ktoś nie wie, co to jest ziarnina, to po krótce opowiem - jest to taki przerost tkanki skórnej, który występuje na przekłuciu skóry. Ci z Was, którzy obserwują moje insta zapewne wiedzą, ze od jakiegoś czasu mam kolczyk w nosie (a także i smiley). Zrobiłam w czerwcu, potem poszłam do pracy i po kilku dniach zrobił mi się na tej świeżo zrobionej dziurze bąbel. Po krótkim riserczu okazało się, że to ziarnina (trochę doświadczenia z piercingiem mam, ale ziarninę miałam pierwszy raz - uhhh, nieprzyjemne doświadczenie). Próbowałam różnych sposobów, ale dopiero nacieranie olejkiem herbacianym przyniosło skutki. Obecnie mój nos jest wolny o jakichkolwiek ziarnin, a po tej, którą miałam (dwukrotnie, zeszła i wyszła z powrotem, tak bywa), nie ma nawet najmniejszego śladu. Także - olejek herbaciany sztos i zawsze mam go na półce w łazience. 


 Kiedyś nosiłam tylko żele lub hybrydy. Teraz noszę tylko zwykłe lakier, a więc jak zwykłe lakiery, to i zwykły top. I w tej kategorii zwycięża Essie Good To Go, który jak dla mnie kładzie na łopatki wszystkie klasyki sprzed lat (Seche Vite może mu buty... zakrętkę?, lizać). Przedłuża trwałość, nabłyszcza, a przede wszystkim pomaga wyschnąć wszystkim warstwom lakieru. To jest już moja druga butelka w tym roku. W międzyczasie próbowałam go zradzić z topem z Douglasa, który jest okej oraz z wyżej wspomnianym Seche Vite, no ale nie, żaden z nich nie robił tego, do czego przyzwyczaił mnie Essie, więc wróciłam do niego w moment. Przy samym końcu buteleczki gęstnieje, ale oczywiście da się go zreanimować i spokojnie można zużyć do samego końca. Biorąc pod uwagę działanie i wydajność, jest jak najbardziej warty swojej (wcale nie takiej wysokiej) ceny. 


Ci z Was, którzy obserwowali mojego bloga sto lat temu zapewne wiedzą, że konturowanie to dla mnie istotny element makijaż. I o ile nie udało mi się wyłonić ulubieńca w kwestii podkładu czy korektora, o tyle mam definitywnego zwycięzcę w kategorii paletka do konturowania właśnie. I jest to theBalm Autobalm Girl Powder. Jak dla mnie, jest to paletka idealna. Dwa pierwsze kolory tworzą razem idealny odcień różu dla mojej cery, trzeci różobrąz wygląda na mnie pięknie jako bronzer, a rozświetlacz to jest totalny miód dla moich oczu. Jak on pięknie wygląda! Cała ta paletka się cudownie komponuje kolorystycznie z moim typem urody i używam jej praktycznie non stop, odkąd ją kupiłam (a była to połowa kwietnia, okolice Wielkanocy). Trwałość sztos, pigmentacja kosmos, wygląd miód. Nic dodać, nic ujać. Na pewno zobaczycie ją wkrótce na moim kanale, kiedy to już uda mi się dopracować kwestie techniczno - sprzętowe. 

I to by było na tyle. Dajcie znać, jak Wasze lato pod względem kosmetycznym - co u Was górowało, a co było bublem. Czekam na Wasze komentarze. 

Ps. Zdjęcia do dzisiejszego posta sponsoruje Samsung Galaxy Note 10+, dajcie mi koniecznie znać, jak odbieracie swoimi oczami ich jakość. 


 

You Might Also Like

0 komentarze